.

 

Taki obraz

 

I

W czerwcu, kiedy pogody potrafią być wietrzne

I każdy powiew z łatwością wytrąca pyłek z kwiatów,

Przechodziłam obok,

Uvcząc się od nowa

kolorów i zapachów.

 

Lotne pszczoły odnawiały zapas pierzgi.

Dochodził płacz dziecka.

Lecz Ziemię widziałam odległą, zieloną.

Każdą drobinką wstąpiła w samą siebie i uległa

Tysiąckrotnym przemianom.

Dopiero wtedy

Genom czasu otworzył się dla mnie.

Kim więc byłam.

Mie wiem.

 

II

Taki obraz.

Jadę pociągiem.

Chmury, domy, drzewa migają prędko.

Na najbliższej stacji wysiądę.

Ale najpierw zasnę kołysana jazdą. Drogi, sosny, rzeka.

Bez początku i końca.

Dlaczego ten a nie inny sen się pamięta.

 

III

Witaj Pszczoło. Wstąpiłam przed czasem, 

Zanim uderzę głową o odwrotny porządek ludzi,

O miasto, o kamień.

Gdzie im bardziej się pragnie,

Tym mniej się dostaje.

 

Tylko raz i tylko teraz

Poczuć jednoczesność.

To możliwe, że wszystko jest

I było zarazem.

 

Pachnie.

Mogę w ulu obok plastra miodu mieszkać.

Patrzeć od spodniej strony liścia

Na ostro obrysowane niebo. 

Szczęście jest pozbawione wstydu,

Ale nawet tu, rozumiem, ogranicza mnie cielesność.

Przesiąknięta aromatem

Przysiadam wśród kwiatów.

 

Zanim zginę,

Tańczę, frunę,

Przez chwilę.

 

Królowa Matka leży na mlecznej błonie, a my

Zapalamy żółte lampki 

I siadamy na małych krzesełkach

jak najbliżej środka, gdzie jest ciepło.

Noc. A nocą jest ciemno

W sercach tych, za którymi rano

Zamkną się wloty.

Czy nie tak opuszcza się niebo.

 

Nikt nie zna Pszczelarza.

Być może dogląda nas i zabiera miód

Pod zmienionym zapachem.

Ktoś nas także karmi tak,

Że jeden staje się poetą,

Drugi złdziejem, trzeci sklepikarzem.

Co mam radzić tym, któzy chodzą

Chwiejnym krokiem

Od bramy do bramy.

 

Nędza pleśnieje nad łóżkiem nowo narodzonych.

Nędza, za którą nie jestem odpowiedzialna.

Ja tylko przechodzę. 

 

Nie przemocą otwierają mi oczy.

Komu kazano chodzić,

Tego ścieżki prowadzą.

 

Nadaremnie szukam

Utraconej możliwości

Powrotnego wejścia. 

 

IV

Teraz

Ostrożnie zstępuję ze schodów. Pociąg odjeżdża.

Przybyłam pozbawiona widzenia nadfioletu,

Lecz niosąc w sobie pierwotny obraz.

I przywilej tworzenia oprzędu

Oraz dziedziczenia

Zarybionych wód, mrocznych rozlewisk,

Łąk i kołysanych wiatrem pól.

 

Tak być nie powinno,

Lecz chodzę drogami,

Któe zatarły przypływy, odpływy,

Prądy wodne.

 

Mam tylko sny i obrazy drżące.

Dlaczego ten a nie inny sen się pamięta? 

 

 

 


Copyright © 2011. All Rights Reserved.