Patrz poprzez sufit!

 

Mój znajomy, chory na nieuleczalną chorobę

ciągle ma oczy otwarte.

 

Umierał cztery razy,

choć jego ciało mogłoby chodzić,

albo wykonać drobny ruch palcami,

taki jak przesunięcie włosa stąd tu.

Gdyby nie ból.

 

Mój znajomy

ma oczy otwarte,

od lat patrzy 

w sufit.

Jedna pociągła rysa dwadzieścia centymetrów od ściany,

druga ukośna, pozostałość po tym, jak dzieci sąsiadów grały w gumę

skacząc nad jego głową.

Przy oknie zaciek, tkwi tam od dwunastu wiosen. Wiosną są roztopy.

Można by pomalować - dumałby mój znajomy,

gdyby nie ból. 

 

Ból nie pozwala poruszać pędzlem, ani dłońmi, ani nogami.

Ból nie daje się przełożyć z boku na bok, ani odsunąć, ani odłożyć na miejsce,

bo nie ma miejsca, które nie boli. 

Uniemożliwia nawet wykonanie znaku krzyża nad własną głową - ból.

 

Wszechobecny, Wielki i Nieustający,

Wszechwładny w ciele, Widzialny na twarzy

i Natychmiastowy przy próbie ucieczki.

 

- Czy i twoja dusza także odczuwa ból? - pytam.

- Połóż się obok mnie - mówi mój znajomy.

Leżę, patrzę w sufit.

Jedna pociągła rysa, druga ukośna, przy oknie zaciek.

 

Wtedy on szepcze

- Patrz poprzez sufit!

Więc patrzę,

a tam jest niebo, morze, łąka, plaża i mój znajomy.

Widzę, jak idzie drogą.

- Zapomniałam jak jesteś przystojny i wysoki - mówię, a on uśmiecha się.

 

Stoję na progu do tego świata, w którym on

wędruje w słońcu, czyta książki, kładzie się na trawie,

a gdy jest głodny opiera łokcie o stół. 

 

Stary karczmarz podaje mu rybę, a on ujmuje sztućce

i bez pomocy pielęgniarki wkłada kęsy do ust.

- Chcesz popływać łodzią? - pyta.

- Tak - mówię.